314 - O ostatnich wydarzeniach

Wrzesień 23rd, 2011
Posted in inne
4 komentarzy

Witajcie!!!

Ten tydzień był ciężki, bo prawie cały czas było coś zadawane, wskutek czego prawie wcale nie miałam czasu na rozrywkę. Cóż, takie życie, co poradzić? Najważniejsze, że teraz mogę się wyluzować.
Ale zacznę od minusów tego tygodnia właśnie: po pierwsze, byłam ciągle niemal zmęczona i miałam wszystkiego, co związane ze szkołą, po prostu dość, po drugie, zawaliłam sprawdzian z geometrii - z pola i obwodu koła, zarówno z klasówki, jak i z poprawy mam dwójkę, a po trzecie nie wyrabiałam się z lekcjami.

Noooo… To wrzucam plusy - z biologii były ciekawe tematy o człowieku - narząd ruchu, sorry, wymienię nie tylko z tego tygodnia, kręgosłup, klatka piersiowa, kończyna dolna i górna i czaszka. Dobra, już o tym nie piszę, bo zajęłoby mi to pół dnia chyba, jak nie więcej, :d
Więc idę dalej. Poza tym, co już powyżej wymieniłam, to z geografii z odpowiedzi dostałam piątkę zminusem, a z niemieckiego wczoraj piątkę. Ponadto dzisiejszy dzień, prócz tej matmy, był w gruncie rzeczy udany.
Zresztą, patrzę optymistycznie na świat w tej chwili, ojej jak to brzmi, jakoś tak odkrywczo - gdyż mam przed sobą perspektywę prawie tygodniowej zielonej szkoły, ta wycieczka będzie do Kudowy Zdroju, zapowiada się interesująco, naprawdę.
Jutro w związku z tym zacznę pakowanie, coś z lekcji też zrobię, żeby po powrocie mieć spokój.

Ok, już się zwijam, trzymajcie się.
Nara.

313 - O fantastycznym pobycie w Niemczech - tego wyjazdu nie zapomnę nigdy!

Wrzesień 11th, 2011
Posted in wyjazdy
8 komentarzy

Witajcie!!!

Wyjechaliśmy w niedzielę, podróż jakoś zleciała, z niedzieli na poniedziałek nocowaliśmy w Rzepinie przy granicy. Całkiem spoko tam było.
Gdy w poniedziałek zajechaliśmy na miejsce ok. 15.00, od razu poczęstowano nas ciastem, kawą i herbatką, super, bo coś ciepłego, a tegoż dnia było zimno. Bardzo miło wspominam pierwszą kolację, bo przełamałanm barierę i zaczęłam się otwierać. Gadałam po angielsku z Niemkami, były to wyłącznie dziewczyny z gimnazjum. Jak się w trakcie pobytu dowiedziałam, była to szkoła mieszana, a nie, jak myślałam z początku, rzeńska.
We wtorek zwiedziliśmy zamek w Herzbergu, trochę nudno tam było, najprzyjemniej wspominam to, że zagrałam sobie połowę preludium Bacha na jakichś historycznych organach. Wieczorem gril i warsztaty perkusyjne, znów konwersacje z nowo poznanymi ludźmi.
W środę byliśmy w Goslar, za dużo dat w opowieściach jak na mój gust, ale podobały mi się kuranty, które pięknie grały, a w międzyczasie otwierały się drzwiczki zegara, z których wychodzili górnicy z narzędziami. Potem byliśmy w kopalni rudy… Eech, zapomniałam czego, ale mam jej kawałek na pamiątkę.
Czwartku za dobrze nie pamiętam jakoś, lecz o 19.00 był koncert, dużo przemów np. burmistrza Herzbergu, w końcu odbył się nasz występ. Nieźle się tremowałam, bo byłam przezięębiona i gardło mnie bolało, toteż oddechu mi brakowało przy śpiewie, jednak… Podobno wyszło nam ogólnie dobrze. Największy nasz aplauz był wtedy, gdy chór niemiecki zaśpiewał “Głęboką studzienkę”, z akcentem wprawdzie, lecz i z poprawną wymową, a ich najbardziej entuzjastyczne wiwaty rozległy się wówczas, gdy my zaśpiewaliśmy na cztery głosy preludium Bacha “Jesus bliebet meine freude”, ten utwór niemal kocham… To tak pięknie brzmi na głosy właśnie. Wiecie? Sama się zdziwiłam, ale to, jak nas przyjęli Niemcy wydawało mi się najzupełniej szczere. Po koncercie pojechaliśmy do Lonau, gdzie nocowaliśmy w hotelu.
W piątek obserwowaliśmy lekcje w szkole, byliśmy podzieleni na grupy, jedni poszli na łacinę, drudzy na muzykę, jeszcze inni na angielski…
Niestety potem był obiad i pożegnanie z tym krajem. Cóż. Ludzie tam mają całkowicie odmienną mentalność od polskiej, nie umiem opisać, na czym to polega, ale zauważyłam, że tak jest. Posadziliśmy drzewko ginkovilowa, sorry za pisownię jak coś, jako symbol przyjaźni polsko-niemieckiej. Gdy oficjalnie powiedziano: do widzenia, byłam bliska łez, naprawdę - i nie wstydzę się tego powiedzieć.
Potem ruszyliśmy w drogę powrotną. Z 9 na 10 września nocowaliśmy w Owińskach. Spotkałam tam Angelikę. Ale jaka z tym była akcja… Ja do niej dzwoniłam przed północą i umawiałyśmy się na strzałkę następnego dnia, ja powiedziałam na koniec: to puszczę Ci strzałkę, jak już będę przed pokojem. I wtedy skończyłam rozmowę. A koleżanka zrozumiała, że ja chcę to zrobić z przedpokoju i sądziła, iż gawędziłam z kimś z domu, więc spytała:
To wy macie taki duży dom?
Ja ryknęłam śmiechem, no nie dało się po prostu inaczej…
Ale rano też ją widziałam, razem z bodajże czterema innymi Klangowiczkami. To było piękne, dlatego na zawsze pozostanie w moim sercu. Angelko, dziękuję Ci bardzo za wszystko. Jeśli to przeczytasz, to wiedz, że te chwile zaliczają się do moich najszczęśliwszych w życiu.
Ok, znikam, bo muszę trochę nadrobić lekcji,uzbierało się tego sporo przez ostatni tydzień.
Trzymajcie się.

312 - Początek roku

Wrzesień 1st, 2011
Posted in inne
3 komentarzy

Witajcie!!!

Taka kolej rzeczy, zaczął się rok szkolny. Są tego plusy i minusy. Ale ja nie tylko o tym chciałam napisać.
Przede wszystkim cieszę się, że w Świnoujściu było przyjemnie i mam po tych wakacjach miłe wspomnienia.
We wtorek dostałam chyba grypy żołądkowej, nie jadłam prawie dwa dni, ale wczoraj było znacznie lepiej, natomiast dzisiaj, że tak powiem, moje żywienie jest normalne.
Jeśli ktoś dosyć regularnie czytał mojego bloga, to wie, iż w którymś, zdaje się, kwietniowym wpisie wspominałam, że był planowany wyjazd z chórem do Niemiec. No i… Wyruszamy w najbliższą niedzielę, a wracamy w sobotę. Aż nie chce mi się wierzyć, że to zleciało jak z bicza strzelił. Do tej pory myślałam, że wyjedziemy za granicę tylko w celach artystycznych, a okazało się, że poza czwartkowym koncertem czekają na nas inne atrakcje. Wiem już o nich co nieco, ale to opiszę po mym powrocie, żeby było ciekawie. Bo tak wszystko wygadam i co? Nikomu nie będzie się chciało tego nawet czytać, bo cała sprawa zostałaby pozbawiona mgiełki tajemnicy. No dobra. Już się nie rozwodzę, bo jestem pewna, że rozumiecie, o co mi chodzi. Zdradzę jedynie tyle, że zaśpiewamy m.in. preludium Bacha po niemiecku, niestety nie wiem, które to, bowiem przypuszczam, że jak większość znanych mi utworów ma jakiś numer albo opus i takie tam. Pierwszy głos jest trudny, nie ukrywam, ponieważ najwyższy dźwięk do zaśpiewania to f dwukreślne, toteż mam nadzieję, że nasz chór się dobrze przygotuje głosowo i nie będzie problemu. Tekst jeszcze nieco sobie powtórzę, by się nie pomylić. Pierwsza zwrotka to aktualnie już dla mnie bułka z masłem, ale druga miewa się gorzej. Cóż. Najważniejsze, że jest jeszcze trochę czasu na przećwiczenie. Skrobię to tu teraz, bo nie wiem, czy później mi to z głowy nie ucieknie.
Ok, znikam, bo chciałabym jeszcze do kilku osób napisać, zjeść kolację i raz przeczytać sobie tekst.

Trzymajcie się ciepło.
Do zobaczenia.
Pa, pa!

311 - Sportowy obóz - obiecana relacja

Sierpień 12th, 2011
Posted in najmilsze wspomnienia, wyjazdy
5 komentarzy

Witajcie!!!

Obóz trwał od 29 lipca do 11 sierpnia.
Standardowy dzień wyglądał tak: rozruch o ósmej rano, śniadanie o godzinie 9.00, czas wolny, ok. 10, 10.15, a raz zdarzyło się, że o 10.30 byłY zajęcia poranne, np. tańce albo rowery. To zależało od tego, jak opiekunowie ustalili. Dalej: obiad o 13 lub o 13.15, czas wolny, o 15.00 zajęcia popołudniowe, kolacja, gry wieczorne i spać. GGrupy taneczne były dwie.
Najbardziej lubiłam jazdę na tandemach, dwa razy byłam na goalballu, plażowanie i gry wieczorne, które zwykle rozpoczynały się o 20.00, jeśli coś mi się nie pokręciło, to mieliśmy trzy dyskoteki i dwa ogniska. Mamy dwie piosenki obozowe, obie śpiewaliśmy ostatniego dnia, wieczorkiem na ognisku. Z kilku zwrotek naprawdę śmiechu było co nie miara.

Wczoraj musiałam wstaćw nocy oo 2.30, bo pociąg planowo miał być o 4.25. Miał troszkę opóźnienia, a podróż trwała dziesięć godzin. Spałam stosunkowo mało, bo sporo osób głośno denerwowało się tym, że przedział, w którym siedzieliśmy był zarezerwowany, ktoś nawet raz kopnął drzwi. Byłam na to wściekła, ale niewiele straciłam, bo w trasie gadaliśmy. Wymieniłam się numerami z paroma osobami. Mam nowe piosenki na komórce. A niemal całą nieprzespaną noc nadrobiłam po powrocie, bo gdy mama odebrała mnie z dworca, dalej jechałyśmy tramwajem, gdzie się zdrzemnęłam, a w domu spałam od 16 do 20, a to nie jest wcale mało. Potem uszykowałam się do spania, a dziś wstałam o 9.00.
Dużo ludzi miało świetne poczucie chumoru.
Zdaje się, że obczailiśmy wszystkie programy telewizyjne, :d, bo były m.in. “jaka to melodia”, familiada”, “mam talent”, awantura o cókierki, to tak jak awantura o kasę, tyle, że zasady przerobione na potrzeby naszej wycieczki; a także “Kocham nasz obóz”. Tę ostatnią zabawę opracowali uczestnicy. Była rada obozowa, składająca się z trzech osób, które pośredniczyły między nami a opiekunami.
Bardzo zabawny był bieg patrolowy, choć mi przypominał podchody. Dostawaliśmy trzy czasowniki i hasło. Za pomocą tych pierwszych, musieliśmy odnaleźć miejsce. np. były czasowniki jeść, pić, siedzieć, musieliśmy więc udać się w pobliże jadalni, gdzie czekał na nas mędrzec z zadaniem do wykonania i następnymi wskazówkami. Przed podaniem nam zadania, trzeba było powiedzieć mędrcowi otrzymane na poprzednim przystanku hasło. Z jednego polecenia była polewa nie z tej ziemi, bo trzeba było nabrać w coś wody z miski i przenieść jak największą jej ilość w miejsce, które mędrzec wskazał, zawsze był nim ktoś z opiekunów. No i tu kłopot, bo ja miałam na sobie strój typowo letni i sandałki. Wobec tego byłam zmuszona użyć bluzy, która potem suszyła się na balkonie przez resztę dnia. Całe hasło, które ułożyliśmy ze wszystkich zebranych, brzmiało tak: płyną śledzie po tapecie, jedzą wiśnie w toalecie. Brzmi niezbyt logicznie. Niełatwo było na to wpaść, bo podpowiedź była jedynie taka, żeby te wyrazy zrymować. Kombinacji wymyśliliśmy bez liku.
A, zapomniałabym o grze “jeden z dwudziestu”. To jak jeden z dziesięciu z tym, że trzeba było zmienić liczbę, gdyż uczestników było więcej. Jakimś cudem dotarłam do finału. No i… Raz do końca życia zapamiętam sobie, że zasada i kwas, to sól, bo tego nie wiedziałam, a pytanie było z chemii. Pamiętam, że było pytanie o sorbet. A opisano go jakoś tak: ożeźwiający deser z mleka i owoców. No i odpowiedziałam dobrze. Choć myślałam, że nie zdążę, bo jakoś długo się zastanawiałam.
Kilkakrotnie w czasie wyjazdu byłam na lodach i gofrach. Pierwszy raz w życiu weszłam do kuli, pływającej w basenie po wodzie. Byłam w niej ok. 5 minut. Maksymalnie, no tyle udało mi się osiągnąć, zrobiłam osiem kroków, to był mój rekord, bo później kula uciekała mi spod stóp, a ja sama lądowałam na plecach bądź na brzuchu. Ale miałam ubaw. No? Ekstra!!! Nawet podskoczyłam, ale wtedy opadałam na, tak to nazwijmy, dno kuli. Wyszalałam się za wszystkie czasy. W którymś momencie usłyszałam głos pana, który się tą rozrywką zajmował: już nie wstawaj, poczekaj, bo będę wyciągał kulę na brzeg.
No to sobie pomyślałam: ok, jak mi mówią, tak zrobię. :) Ale wiecie co? Pan odpiął sówak, a ja myślałam, że nie wyjdę, bo otwór jakiś mały mi się wydawał, ale w końcu się wygrzebałam stamtąd. :) Mieszkałam z najlepszymi koleżankami w pokoju. Chechecheche, odwalało nam, żartowałyśmy prawie bez przerwy. A brecha była z najróżniejszych spraw. Taak… Jeśli któraś z Was toczyta, to wie, o czym piszę. :) No dobra. Kończę, ponieważ i tak się rozpisałam.
Mam nadzieję, że za bardzo nie przynudzałam.
Ej no, bym zapomniała na śmierć. W niedzielę jadę nad morze Do Świnoujścia, z ciocią, siostrą i mamą - na tydzień. I znów sprzeczne uczucia: cieszę się, bo uwielbiam morze, ciepły piasek itd., ale mi smutno, gdyż świetnej znajomej tu nie złapię, bowiem wraca, gdy mnie nie będzie. :( Będę tęsknić, już się stęskniłam, lecz sądzę, że niebawem po mym powrocie na Kp spotkamy się.
Ok, już się nie rozwodzę nad tym.
Trzymajcie się. <3
Nara.

310 - Jak było na Litwie i Suwalszczyźnie?

Lipiec 28th, 2011
Posted in wyjazdy
5 komentarzy

Witajcie,!!!

W środę – 12 lipca, przyjechałam na Suwalszczyznę. Położyłam się dość wcześnie, gdyż następnego dnia musiałam wstać o godzinie 4 rano. Niestety, obudziłam się pół godziny wcześniej, ale na szczęście mogłam się jeszcze zdrzemnąć. Gdy już się zwlokłam, trzeba było się szybko ogarniać, spakowałam więc kilka drobiazgów, zeszłam na dół, rodzice zapakowali bagaże do samochodu i jazda, zresztą, w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Po przybyciu na miejsce, rzecz jasna, szukanie kwatery, trochę nam to zajęło, lecz w końcu coś znaleźliśmy, mieliśmy do dyspozycji dwa pokoje, kuchnię i łazienkę, czyli właściwie niczym się to nie różniło od przeciętnego mieszkania. Jak można się łatwo domyślić, dla każdego, kto nie jest nocnym Markiem, :d, o 9 czy 10 rano, bowiem mniej więcej w tych godzinach zdążyliśmy się w apartamencie zadomowić, dopiero zaczyna się dzień, toteż duuuużo godzin mieliśmy przed sobą. Korzystając z tego wolnego czasu wybraliśmy się na plażę - brodzenie w płytkiej wodzie i spacer po rozgrzanym piasku. W drodze powrotnej obiad w restauracji.
Wieczorem pogawędki z przyjaciółką, było super, żarty i w ogóle…
Natomiast 14 lipca, w czwartek, niemal przez cały czas lał deszcz, przez co były piekielne nudy.
15 lipca, w piątek już lepiej: przeszliśmy się po plaży i w jej pobliżu, lecz nie zdołaliśmy uciec przed deszczem. W związku z tym w trybie szybkim trzeba było kierować się w stronę domu. Mimo płaszcza miałam dreszcze z zimna, aż szczękałam zębami, dzięki Bogu uratowała mnie gorąca kąpiel i takaż herbata.
16 lipca, sobota, cóż – powrót, pobódka po ósmej, wybiórka, checheche, znów pakowańsko i droga powrotna. Po drodze wstąpiliśmy do sklepu, chyba Maksima się nazywał, mnóstwo rzeczy do kupienia tam było: jedzenie, naczynia, ubrania. Jednak przed tą gonitwą za promocjami, zjedliśmy obiad, ja miałam małą pizzę, spotężyłam 5 średnich kawałków i wypiłam sporo coli, dzięki niej przynajmniej już nie przysypiałam, tak jak przed posiłkiem. Przed odjazdem pożegnałam się z Kasią. W dalszej części trasy słuchałam muzyki i trochę rozmawiałam z rodziną. A teraz jest sobotni wieczór. Kiepsko było na Litwie z komórką, w każdym razie u mnie, bo do innych sieci żaden sms nie chciał się wysłać, także po przekroczeniu granicy było nieco roboty z odpisywaniem i, tak to nazwijmy, odświeżaniem kontaktów. Kumpela przesłała mi dużo piosenek i utworów z sound track’ów przez Bt. Właśnie przez to przypomniała mi się pewna piękna piosenka, której w tej chwili nie mam, dlatego zamierzam poprosić kumpelę o dostarczenie mi jej na maila. Za moment jakiejś książki sobie posłucham, bo nudy tutaj. No, już idzie kopiowanie, a ja sobie klikam dla Was. Jutro planujemy wybyć na łódki, ale zobaczymy, o której się obudzimy, no, to będzie nie lada wyzwanie, :) - na bank budzika nie nastawie, bo jak mogę, to unikam zrywania przez to rozkrzyczane cóś, wołające: no już, na nogi, bo dzwonię, :) - wzięło mnie na żarty, nie wiem, czy to dobrze, ale ten stan spraw mnie nie martwi.
Odliczam dni do obozu, dziś jest 13, pięknie. Nie mogę już się doczekać, naprawdę, zróbcie coś. Ej no, muszę sobie do rozumu przemówić, przecież wszystko w swoim czasie, a póki co mam prowadzenie tego dziennika na pociechę.
17 lipca, niedziela, byłam na łódkach, wstałam po dziewiątej mniej więcej, ogarnęłam się pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka. Na początku nie można było się zdecydować, czy kajaki, łódka czy też rowery wodne, ale w końcu ta środkowa pozycja miała zaszczyt pomagać nam w przemierzaniu jeziora, chechecheche. Przez tę godzinę trochę się opaliłam, choć specjalnie mi na tym nie zależy. Po opuszczeniu łódki popływałam, lecz trwało to zaledwie kilka minut, bo woda nie była za ciepła. Po prostu ładna pogoda jest od niedawna dopiero, więc nie zdążyła się ogrzać. Jako że dziadkowie mieszkają w tej samej miejscowości, wpadliśmy do nich, rodzice posiedzieli też z godzinę, potem zrobili zakupy. Miałam coś do słuchania, ale w przerwach strasznie się nudziłam. Zjadłam obiad, a gdy rodzice przyjechali, niebawem wróciliśmy do domu.
Dzisiaj jest 18 lipca, poniedziałek.. Obudziłam się dość wcześnie, ale nie chciało mi się wstawać, wskutek czego po godzinie 10 zaczęłam się wybierać, no cóż – i tak bywa. Jakoś po jedenastej przyszła donas ciocia, pobyła ze trzy godziny, a później, z tego co wiem, poszła do siebie. Przyjemnie się rozmawiało. Głównie siedziałam w mieszkaniu, ale na szczęście gdzieś po godzinie 19 udało nam się pójść na wspólną przechadzkę. Wiecie, nie trwała długo, bo pod koniec drogi powrotnej zaczęła się burza z deszczem, ale cieszę się, iż chociaż to, bo już myślałam, że nie wytrzymam z nudów. Mama robiła dziś pranie.
Aktualnie siedzę, pogrążona w rozmyślaniach. Jako tło mam w tej chwili piosenkę Avril Lavigne „4 real”, lubię ją, zresztą nie tylko tę, ogólnie uważam, że ta nowa płytka jest udana. Kurczę, fantastycznie, mam fuksa, bo posiadam całą dyskografię. Jakoś kawałki Avril mnie wyciszają, ciekawe dlaczego? Ehhhhhh, jakoś tak wychodzi, nie przeszkadza mi to wcale. Zdaję sobie sprawę, że piekielnie Wam przynudzam, ale piszę na poczekaniu i nie zawsze znajdę jakiś bardziej interesujący temat. A ponadto lubię pisać swoje przeżycia, jeśli ktoś zaśnie przy tej lekturze, to możecie ze skargami się zgłosić, moi Drodzy! Żartuję, bo nie mam nic do roboty. Jestem po kąpielce. Jeśli coś jeszcze zjem, to tylko w formie przekąski, bo kolacja już była, ale ze mną różnie pod tym względem bywa.
Smutno mi, bardzo się już za wieloma osobami stęskniłam, dobrze chociaż, że mam jakiekolwiek zajęcia, bo inaczej bym z pewnością od tego, jak również z nudów zwariowała. Za moment kolejną książkę na mp trójkę zrzucę i mam nadzieję, że będzie ze mną lepiej. Bo z tego, co widzę, najskuteczniejszym lekarstwem na dręczące myśli jest zajęcie mózgownicy czymś innym. Działa ta metoda jak na razie, oby tak dalej. To, że już niedługo upragniony wyjazd, tzn. obóz, ta świadomość, że zacznie się już 29 lipca, ogromnie podnosi mnie na duchu. Cudnie mieć taki promyczek, może nie zawsze pomaga tak samo, ale pozostaje mi być zadowoloną, że istnieje punkt podparcia. A teraz leci „Remember when”, dokładnie ten fragment: „i cred a Littre bit, you died a Littre bit, please say theres no regret and say you won’t forget”. Te wersy mnie rozwalają… A teraz refren kawałka o tytule “Goodbye”, brzmi tak: „I have to go, I have to go, I have to go and leave you alone, but always know, always know, always know, that I love you so”. Lubię sobie, to, co wyłapię, tłumaczyć, chociaż ze słuchu niekoniecznie jest to łatwe. No ok., zwijam się, póki co, ale muzyki nie wyłączam. Skrobnę jeszcze… I przepraszam Was, że tak się dziś nad różnymi sprawami porozwodziłam. Pozostaje mi jedynie obiecać, że, zaznaczam, postaram się tak nie robić, hmmm, może i nawet mi się to uda.
Papatki!
PS: i miss you. Light of the force with you.
19 lipca, wtorek, byłam na działce, którą mają dziadkowie, potem na drugiej, gdzie jest dom mej siostry ciotecznej i jej rodziców. Taak… Wtedy to był prawdziwy upał. Co chwila więc musiałam się czegoś napić.
20 lipca, środa, dziś byłam w Gołdapi na spacerze i gofrach. Od rana była burza i lał deszcz. Po naszym powrocie także. Cieszę się jednak, że przeminęły już te fale brzydkiej aury, dobrze, że była między nimi kilkugodzinna przerwa. Dziś piszę krótko, bo jakoś taak… Nudno mi, Skończyłam kolejną książkę i niebawem zamierzam się zabrać za połykanie następnej. Już 9 dni do obozu? Jak ten czas leci. Jest ciepły wieczór.
Cóż. Znikam, jutro coś skrobnę, pod warunkiem wszakże, iż wena przybędzie.
Smutna.
21 lipca, czwartek, byłam nad jeziorem. Dwa razy się kąpałam, raz ok. 20 minut, a drugi gdzieś pół godziny. Było 30 stopni za oknem. Należy dodać, że w cieniu! Plus minus po trzech godzinach, pojechaliśmy do domu, ja i tata samochodem, a moja siostra i mama rowerami. Po powrocie odpoczywałam, pisałam z kilkoma osobami smsy. Musiałam też ugasić pragnienie, bo podczas pobytu nad wodą rzecz jasna wyczerpaliśmy zapasy picia. O 20.5, bodajże na Polsacie, była „szkoła uczuć”. Ta wersja różni się od tej, którą mam. No i musiałam się popłakać przy końcówce oczywiście.
22 lipca, piątek, ej no, Już tydzień do obozu. Lubię takie dokładne liczby. No wiecie, takie, których powszechnie się używa, :) Mam nadzieję, że zrozumieliście to, co miałam na myśli. Byłam z moją siostrą i tatą na spacerzeoraz lodach. Cudnie, że dziś nie ma aż takiego skwaru, właściwie było mało słońca. Chwilami słyszałam dalekie grzmoty, przez krótki czas padało. Ahhhh, z jaką niecierpliwością czekam na wyjazd. Będzie trwał dwa tygodnie. Obiecuję sprawozdanie, gdy już z niego wrócę. Nie, cofam, bo nie chcę być niesłowna: obiecuję, że postaram się zamieścić relację, ok? Kolejna książka się kopiuje. Wiem, wiem. Wariatka ze mnie, że tak te audiobooki pożeram, lecz gdy nie jestem na dworze, to nie mam co robić, pókii co słuchanie książek to najskuteczniejszy sposób wypełniania czasu, który dotąd opatentowałam. :) To chyba na tyle. <3
Trzymajcie się wszyscy.
23 lipca, sobota – jakoś leci. Znowu byłam sobie na spacerze ja. Wcześniej pobyt u dziadków miejsce miał. To skandal, że takie szyki zdań dziwaczne tworzę. Ale to śmieszne jest po prostu. Przez jakiś czas oglądałam telewizję z resztą rodziny, ale film nie jest interesujący moim zdaniem, więc postanowiłam do Was skrobnąć. Dziś, podobnie jak to już wielokrotnie bywało, piszę krótko, boogólnie same nudy. Może więc nie powinnam nic pisać? No ale… Chciałam dać znak życia.
To ja zmykam, by posłuchać muzyki, albo coś obejrzeć.
Pa!
Tęsknię…
24 lipca, niedziela. Rano rodzice pojechali, by się w pewnej kwestyji zorientować, do pobliskiego miasta zresztą. Hmmm… Choć pobliskie to pojęcie względne, no ale to chyba wie każdy, więc przechodzę do sedna. Gdy byli w drodze powrotnej, zadzwonili do mojej siostry. Zaczęłyśmy się szykować, a kiedy rodzice wrócili i wspólnie zjedliśmy obiad, pojechaliśmy nad wodę. Pogoda była dziwna, zupełnie tak, jakby chciała być ładna, a nie mogła. :) Raz wychodziło słońce, a już za kilka minut chowało się za chmury. Tak na przemian. Trochę się zamoczyłam, ale zaczęłam niemal natychmiast trząść się niczym galareta, toteż szybko stamtąd wyszłam. Po opuszczeniu plaży pojechaliśmy do dawnych znajomych, ich dom bardzo mi się spodobał. Ponieważ nieźle się z zimna trzęsłam, dostałam gorącą herbatę. Pani, tzn. koleżanka rodziców, podgrzała, oczywiście w przenośni, stary piec kaflowy. My tymczasem byliśmy na dworze i ucinaliśmy sobie pogawędki. Po jakimś czasie jednak poszłam do kuchni i usiadłam na murku, który składał się z kafelków. Nogi mi zmarzły niesamowicie, więc usiadłam na nim w kucki i przez dobre kilkanaście minut tak się ocieplałam, chechecheche. Potem znów wyszłam, lecz za kwadrans gdzieś znów przysiadłam na murku, bo zmarzłam.
Po powrocie do domu zjadłam kolację. Ogólnie rzecz biorąc ten dzień uważam za niezły. Mimo to teraz jakoś robi mi się smutno. Nudy, więc idę obejrzeć „Gwiezdne wojny”, bo to chyba jedyny sensowny film, który obecnie jest w telewizji. Piszę tak, gdyż nie mam pewności. W każdym bądź razie, pomimo, że nie do końca znam bohaterów, to już wolę oglądać, niż siedzieć sama w pokoju. Nie ukrywam, że mało mamy tu kanałów, więc wąski jest wybór. D
To ja spadam. :d Obym nie odleciała zbyt daleko.
PS: Zobaczę, czy zadziała na poprawienie chumoru piękna piosenka ze „Szkoły uczyć” pod tytułem „Only hope”.
Trzymaaaajcie się. Myślę często o Was.
25 lipca, poniedziałek. Byłam nad jeziorem, ale znów pogoda nie sprzyjała, więc głównie spacerowałam z mamą po plaży i siedziałam na pomoście. Poza tym nie działo się nic takiego.
26 lipca, wtorek. Taka kolej rzeczy. Ten dzień powolutku dobiega końca, ale co tam? To nieszkodzi. Opiszę go, ponieważ warto. Byliśmy całą rodziną w Akuaparku. Tamtejsze atrakcje są po prostu świetne. No mówię Wam, rewelka! Najlepsza była „rzeka”, tj. taka woda wokół ściany basenu, która, gdy się położyłam na jej powierzchni, rwała mnie jak prąd, nie tak silnie rzecz jasna, ale uczucie było cudne. To najbardziej z atrakcji basenowych, ale fantastyczna były także zjeżdżalnie – ciemnoniebieska, krótka, za to zabójczo i ekstremalnie szybka. Przy końcu za pierwszym razem miałam wrażenie, że pęd mi oddech zablokuje. Ale później spoko, najczęściej właśnie z niej zjeżdżałam. Wyrzucało mnie do wody, jak z jakiejś wyrzutni.
27 lipca, środa. Byłam u babci, gdzie nocowałam, ponieważ moja siostra cioteczna bardzo chciała, bym została na noc z moją siostrą rodzoną, więc korzystając z czasu spędzanego razem gadałyśmy sobie.
28 lipca, czwartek, jutro na obóz wyruszam, ale też biorę komę, więc jeśli ktoś chce, a mój numer posiada, to piszcie, taak… Lepiej piszcie tylko na razie, bo nie wiem do końca, jak będzie wyglądał dzień, tzn. w jakich godzinach będę dostępna, by odbierać.
Przyjechałam ok. 10.00 rano, mnie i moją siostrę przywiozła ciocia. Trochę sie poplątałyśmy w pobliżu lotniska, ale do taty zadzwoniłam, dzięki czemu nas poinstruował, co dalej, jeśli chodzi o drogę, dlatego potem wszystko wróciło do normy.
Mama z moimi dwiema ciociami, jedną z rodziny, a drugą przyszywaną, :) są na zakupach. Gdy wrócą, mama pomoże mi nieco w pakowaniu.
Przepraszam Was bardzo za to, że to takie długie jest, a zamieściłam trochę niepotrzebnych szczegółów, ale pisałam, ot tak, na kompie, siadałam i opisywałam poszczególne dni, więc wybaczcie. Niezawsze miałam czas, by to solidnie przemyśleć, dlatego też wyszło zupełnie spontanicznie.
Na koniec ciepło i serdecznie Was pozdrawiam.

309 - O koncertach, które mam już za sobą… Jutro wyjazd, :(

Czerwiec 23rd, 2011
Posted in inne
6 komentarzy

Witajcie!!!

W niedzielę był koncert z chórem, to drugi na rzecz małej Zuzanki. Trochę poczekaliśmy, zaśpiewaliśmy i zeszliśmy ze sceny. Hmmm… W czasie trwania aukcji, na której, z tego co wiem, sprzedawano głównie obrazy, zostaliśmy zabrani do innego pomieszczenia. Każdy zjadł trochę ciasta. Osobiście uważam, że to było stanowczo za mało, patrząc na czas, bowiem przyjechaliśmy o, mniej więcej, 17.00, a zbliżała się 20.00. Potem do autokaru, powrót do domu i sen, ale byłam padnięta, no mówię Wam.
W miniony poniedziałek zakończył się rok w szkole muzycznej. Coś mi się wydaje, że nie pójdę do ogniska, bo to, co skończyłam mnie satysfakcjonuje, zresztą, jest projekt gimnazjalny itp., a poza tym zwyczajnie chciałabym odjąć sobie stresu i odetchnąć spokojnie.
Zagrałam “Nową lalkę” Czajkowskiego, jak się żegnałam z panią nauczycielką od pianina, to było mi taak… Jakoś smutno,. Zżyłyśmy się na swój sposób i choć będziemy się od czasu do czasu widywać, to wiecie, już inaczej… Będzie to wyglądało, no ale, nie rozpaczam, bo takie życie, trzeba przeboleć.
We wtorek znów pożegnańsko, ehh, czemu tyle musi ich być? Tym razem trzecia gimnazjum. Podobał mi się ich program, jak również drugiej, bo ten ostatni był w charakterze żegnania i żartobliwego egzaminowania starszych nieco kolegów i koleżanek, sporo śmiechu.
Potem ślubowanie w starym internacie, powrót do szkoły, luźne lekcje… Chachacha, nie mieliśmy krzeseł, bo na sali było za mało miejsc i osobiście w poniedziałek je tam zanosiliśmy, więc siedzieliśmy w większości na podłodze. Pani coś załatwiała, a my sobie gadaliśmy - o wszystkim i o niczym.
Wczoraj zakończenie roku. Cóż. Nie chcę się chwalić, ale mam świadectwo z czerwonym paskiem, średnia to 4,86, no to w przybliżeniu daje 4,9. Jako nagrodę dostałam “Quo Vadis” i jakieś słuchowisko. Po spotkaniu w klasach poszłam z kumpelą do internatu, by zrobić porządek, tzn. oddać czasopisma na makulaturę.
Po pożegnaniu z wychowawczyniami i resztą grupy, pojechałam do NIEJ. Super się rozmawiało, miałyśmy ubaw, jako że później przyjechał mój tata, a także siostra znajomej, różne rzeczy się zgrywały ze sobą. Poza tym upał, jakiego od dawna nie było, oj, cola też była, pycha!
Jak to bywa - przyjemne chwile szybko zleciały i musiałam jechać do domu.
Niedługo zamierzam ogarnąć niektóre sprawuszki, tj. wyrzucić niepotrzebne zeszyty, poukładać na półkach itp., Muszę się również spakować, bo jutro babcia nas do siebie zabiera. Przylatuje też siostra cioteczna z Niemiec. Później pojedziemy na Suwalszczyznę, jednak, ehhhh, nie wrócimy do Warszawy między tymi wyjazdami, nastąpi to najprawdopodobniej na krótko przed 29 lipca, tego dnia bowiem jadę na obóz i trzeba przemyśleć, czy czasem czegoś nie brakuje… DSpakować się i w ogóle…
Nie przepadam za Warszawą ze względu na nudę, która tutaj w wakacje panuje, ale będzie mi trudno niemal przez miesiąc, :), na klangowych ścieżkach nie spotykać Was. Zresztą, co o wiele ważniejsze, kilka koleżanek mieszka niedaleko, więc z nimi też nie będę się widywać, a miałyśmy w planach wspaniale zapowiadające się spotkanko. Nie ukrywam, niektóre wyjazdy pokrzyżowały te zamiary.
Ok, znikam, póki jeszcze mogę być z Wami na Kp, to popiszę z coponiektórymi osobami.
Trzymajcie się, ci co wiedzą, to dobrze, kto jest w moim sercu.
Do zobaczenia!
Kochani, pamiętam o Was…

PS: Po powrocie postaram się napisać, choć nie wiem, czy mi się to uda. :(

308 - O czwartkowym szoku

Czerwiec 17th, 2011
Posted in inne
7 komentarzy

Witajcie!!

Tak, tak, to, co napisałam, prawdą szczerą bez dwóch zdań jest.
Wczoraj był festiwal piosenki angielskiej, od 8.30 gdzieś do 11.20. Jak niechcący skłamałam, to proszę, żeby ci, którzy tam byli, wyprowadzili mnie z błędu.
Standardowo szło to następującym schematem: od najmłodszych do najstarszych.
Leciały sobie te poszczególne wykonania, kibicowałam, oczywiście w cudzysłowie, tym, których wykonania uważałam za dobre i trochę zdarłam sobie gardło. No i… W którymś momencie kumpela z trzeciej gimnazjum mówi, że ja i moja przyjaciółka jesteśmy proszone. A mi aż się zrobiło niedobrze.
Wyszłyśmy na środek, zaśpiewałyśmy swoją piosenkę, Avril Lavigne “Remember when”, a później wróciłyśmy na swoje miejsca. Gdy występy się skończyły, była przerwa, którą spędziliśmy w klasie. Pogadało się i w ogóle… Ktoś tam, nie pamiętam już kto jakoś, chyba koledzy z drugiej, powiedzieli nam, że trzeba iść z powrotem na salę. Usiedliśmy, już gdzie indziej, niż przedtem i czekaliśmy na wyniki…
Aż w końcu… Przyszła komisja i zaczęła mówić, kto zdobył jakie miejsce w poszczególnych kategoriach, których były trzy. Jak się okazało, że nasz duet ma pierwsze miejsce, to mnie po prostu w ławkę, na której siedziałam wmurowało. Poszłyśmy odebrać nagrodę. Mam prośbę do koleżanki, z którą śpiewałam, nie zabij mnie, jeśli to napiszę: potem prawie przez cały dzień miałyśmy fazę i nuciłyśmy bądź śpiewałyśmy różne kawałki, a niektóre fragmenty próbowałyśmy tłumaczyć.
Popołudnie było już smutniejsze, bo okazało się, że ostatni raz przyszła do nas taka świetna pani wolontariuszka, pożegnałyśmy się z nią, ehhhhhh. Na szczęście, jak mówiła, postara się przyjeżdżać też w następnym roku do naszego internatu.
A jeszcze co do festiwalu, to po prostu kibicowanie kojarzy mi się bardziej ze sportem. Najbardziej wzruszyło mnie końcowe wykonanie, gdy już wyniki zostały ogłoszone. Kilka dziewczyn, bodajże z grupy niżej śpiewało “Amazing grace”. Jak pomyliłam pisownię, to sorry, ale to było takie… Piękne, że aż mi się płakać chciało, sama nie wiem dlaczego.
Prócz tego dużo wystąpień przypadło mi do gustu, ale nie do końca pamiętam tytuły i oryginalnych wykonawców, że tak powiem.
Po festiwalu była matma, na której gadaliśmy sobie i takaż chemia. A wszystko przez to, że zostaliśmy źle poinformowani, a lekcje były tak ułożone, że o 13.00 już byłyby nam niepotrzebne zeszyty, a o to w tym nieprawidłowym przekazie chodziło. Po tych dwóch wymienionych lekcjach była technika. Poszliśmy na lody, a gdy wróciliśmy do szkoły, wspominaliśmy dawne czasy. Wiecie? Pusto będzie bez tych prac ręcznych. Jakoś lubiłam robótki na warsztacikach, no, je najbardziej. Można było porozmawiać itp., bardzo miłe były te zajęcia. Od następnego roku już tak nie będzie, ale póki co nie zamierzam myśleć zbytnio o tym.
Dziś także luźne lekcje: matma na infie, tzn. przy kompach, chachacha, ogólnie luźne te godziny, na polskim oglądaliśmy “Katarynkę”, a na planowo wychowawczej była hista, jako że nie zrealizowaliśmy na czwartkowej całego materiału.
Ok, to na tyle, bo już się nakręciłam. I będę te szczegóły różnistej maści pisać niepotrzebnie, *smile*
Zwijam się.
Do jutra!

307 - Już właściwie luz

Czerwiec 14th, 2011
Posted in inne
5 komentarzy

Hej!!!

Pewnie niektórzy są ciekawi, co tam u mnie?
A no nic takiego. W sumie nic się nie dzieje. Najważniejsze, że dziś była sesja, a w szkole już luźniej, dlatego zapewne już nie chcę tam siedzieć, chech. Cóż. Tak to już jest. Ok, nie rozwodzę się.
Na początku tygodnia jeszcze trochę osób pogratulowało mi oceny z dyplomu. Bądź co bądź, to miło z ich strony.
Dziś na dwóch ostatnich godzinach była próba do czwartkowego festiwalu piosenki angielskiej, potem dodatkowo ćwiczenia w internacie.
Pani od pianina nie było, pograwszy więc pół godziny, wróciłam do grupy. Pogadałam z dziewczynami, zjadłam podwieczorek i poszłam na chór. Wiecie co? Kiedy jak kiedy, ale dziś prawie spałam, najbardziej oczy kleiły mi się pod koniec tych zajęć.
Teraz jestem w domu. Niedługo napiszę polski. Skrobię na Kp z paroma osobami, jakoś leci.
Pomimo, że prawie trzy minione dni nie przyniosły rewelacji, to pomyślałam, iż jednak coś tu wrzucę, bo jak znam życie niektórzy się martwią, prawda? *smile* To oczywiście są tylko moje przypuszczenia. Jak nie mam o czym myśleć, to głupoty wpadają mi do głowy, *smile*
Acha, nastrój może być, choć bywało ze mną lepiej.
Dobra, znikam, a Wy się trzymajcie. Byle do wakacji, nie?
Papatki!

306 - Dyplom zaliczony na piątkę

Czerwiec 11th, 2011
Posted in najmilsze wspomnienia
7 komentarzy

Hej!!!

Achhhhhh, dostałam piątkę, jestem już oficjalnie dyplomantką, rozumiecie? A jeszcze dziewczyny z mej grupy internatowej przygotowały tak cudną niespodziankę, by to uczcić, że niemal płakałam ze wzruszenia. Dostałam bukiecik polnych kwiatów, które przepięknie pachną. Koleżanki zaśpiewały mi życzenia w wersji góralskiej, po nich wyznałam, że jestem bardzo wzruszona, ale chyba nikt mnie nie usłyszał, ponieważ ledwo powstrzymywałam łzy, a poza tym miałam wielką gulę w gardle. Dopiero wtedy im podziękowałam, jak również wychowawczyniom, gdy odetchnęłam spokojnie.
Po tej ceremonii - choć w dość kameralnym gronie, :) - był poczęstunek: cukierki - michałki i trufle, które przywiozłam, metrowiec - pycha, kumpele same piekły, najlepszy krem; kompot, lody, które w międzyczasie - po kryjomu, kupił mój tata, orzechy włoskie, które krążyły kolejeczkami z hasłem: “Chcesz czy nie chcesz, podaj dalej”, błachachachachachachachachachachachacha - i herbata. Oczywiście bez przerwy, rozmowy, żarty i mnóstwo śmiechu oraz gratulacje.
Mam wrażenie, jakby to wszystko wynagrodziło moje upadki, ale i tród, jaki włożyłam w ćwiczenia.
W dodatku niezwykle się rozczuliłam, bo moja nauczycielka, gdy zeszłam z estrady, powiedziała, że kocha mnie za to, iż tak ślicznie zagrałam, przede wszystkim “Nową lalkę” Czajkowskiego, czułam, że to było szczere, płynące z głębi serca.
Przed końcowym egzaminem każdy życzył mi powodzenia, wszyscy we mnie wierzyli.
Najbardziej bałam się przy etiudzie i preludium Bacha. Natomiast podobno przy sonatinie już się uśmiechałam, a przy Czajkowskim, to już w ogóle… Bowiem wiedziałam, że najtrudniejsze minęło i pomimo, że zeszłam ze sceny z lodowatymi dłońmi, to nawet po tak krótkim czasie, który minął od mego wykonania, cieszyłam się, że to już koniec. Dostałam od pani, która uczyła mnie przez sześć lat, aniołka, chyba ze szkła i z obwódką metalową. To, jak mam nadzieję, będzie trwałą pamiątką, szkoda, że bukiet, złożony głównie z listków paproci i stokrotek, szybko zwiędnie. Nie zamierzam rozpaczać, ale pamiętam, że to, iż koleżanki mi go wręczyły, zszokowało mnie najbardziej. Nie spodziewałam się, że tak sumiennie wszystko zorganizują, sądzę, że ja bym tak wspaniale w życiu święta nie obmyśliła.
Gdy po zejściu ze sceny usiadłam na widowni, pani od pianina ścisnęła mnie mocno za rękę, bym zdała sobie prawdziwie sprawę, że to już koniec stresu. Potem komisja poszła na narradę, wszyscy mają doskonałe wyniki - piątkowo poszło, wow, super.
Jestem taka szczęśliwa, że nie potrafię tego opisać. Tyle osób mnie wspierało, wierzyło, że się nie pomylę, niektórzy nawet bez owijania w bawełnę mówili, że dostanę szóstkę, no, pomylili się, lecz tylko troszku. Poza tym każdy pocieszał, żebym się nie denerwowała itd. To naprawdę bardzo pomaga. Niby nie było tłumów, ale jednak… Koleżanki i dorośli, którzy przybyli, dodawali mi chyba więcej otuchy, niż byli w stanie, :) Ok, znikam, bo chciałam tu zawrzeć sedno sprawy, choć i tak wdałam się w szczególiki, bo to w końcu ja. :))))
Wariuję z radości, :) i jeśli ktoś mi to zepsuję, to… Nie wiem co mu zrobię.
Trzymajcie się, papatki! Dziękuję wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób byli ze mną, :) Szczęśliwa i radosna

305 - O ostatnich wydarzeniach słów kilka

Czerwiec 10th, 2011
Posted in inne
4 komentarzy

Hej!

Cóż. Nazbierało mi się trochę zaległości.
Zacznę od tego, że są już wystawiane oceny, ale te ostatnie tygodnie dziwnie się wloką, a mi kompletnie się już nic, ale to nic nie chcę.
No, ok, nie użalam się, tylko przechodzę do sedna.
W tym tygodniu miałam pianino we wszystkie dni, prócz poniedziałku i środy. Dziś pani się spóźniła, ale ja i tak poszłam na salę i grałam.
Umiem w zasadzie to wszystko, ale gdy sie zgubię, to tak, jakby ktoś naruszył fundament budowli, może to głupie, lecz nie wiem, jak to Wam inaczej przybliżyć.
Zaprosiłam koleżanki z mojej grupy. Babcia miała przyjechać, ale jej nie będzie, szkoda, ponieważ dawno się nie widziałyśmy, zresztą jest osobą, która bardzo mnie wspiera, no ale… Trzeba to przyjąć. Niektórzy po prostu nie mają możliwości, by przyjechać, a mówię tu teraz o pozostałych personach, o których myślałam, żeby były na widowni.
Dobra. Zmieniam temat.
W poniedziałek poprawiam biolę. Jak wyjdzie, tak wyjdzie - trudno. Zależy mi, ale nie wiem, na ile starczy sił, by temu sprostać.
Dyplom już jutro. Mimo wszystko boję się. No wiecie, publiczny występ bądź co bądź. Temu nikt nie zaprzeczy. Nie upominam się, ale może troszku o mnie pomyślicie?
Ok, zmykam, do jutra, napiszę jak było, narka.