Witajcie,!!!
W środę – 12 lipca, przyjechałam na Suwalszczyznę. Położyłam się dość wcześnie, gdyż następnego dnia musiałam wstać o godzinie 4 rano. Niestety, obudziłam się pół godziny wcześniej, ale na szczęście mogłam się jeszcze zdrzemnąć. Gdy już się zwlokłam, trzeba było się szybko ogarniać, spakowałam więc kilka drobiazgów, zeszłam na dół, rodzice zapakowali bagaże do samochodu i jazda, zresztą, w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Po przybyciu na miejsce, rzecz jasna, szukanie kwatery, trochę nam to zajęło, lecz w końcu coś znaleźliśmy, mieliśmy do dyspozycji dwa pokoje, kuchnię i łazienkę, czyli właściwie niczym się to nie różniło od przeciętnego mieszkania. Jak można się łatwo domyślić, dla każdego, kto nie jest nocnym Markiem, :d, o 9 czy 10 rano, bowiem mniej więcej w tych godzinach zdążyliśmy się w apartamencie zadomowić, dopiero zaczyna się dzień, toteż duuuużo godzin mieliśmy przed sobą. Korzystając z tego wolnego czasu wybraliśmy się na plażę - brodzenie w płytkiej wodzie i spacer po rozgrzanym piasku. W drodze powrotnej obiad w restauracji.
Wieczorem pogawędki z przyjaciółką, było super, żarty i w ogóle…
Natomiast 14 lipca, w czwartek, niemal przez cały czas lał deszcz, przez co były piekielne nudy.
15 lipca, w piątek już lepiej: przeszliśmy się po plaży i w jej pobliżu, lecz nie zdołaliśmy uciec przed deszczem. W związku z tym w trybie szybkim trzeba było kierować się w stronę domu. Mimo płaszcza miałam dreszcze z zimna, aż szczękałam zębami, dzięki Bogu uratowała mnie gorąca kąpiel i takaż herbata.
16 lipca, sobota, cóż – powrót, pobódka po ósmej, wybiórka, checheche, znów pakowańsko i droga powrotna. Po drodze wstąpiliśmy do sklepu, chyba Maksima się nazywał, mnóstwo rzeczy do kupienia tam było: jedzenie, naczynia, ubrania. Jednak przed tą gonitwą za promocjami, zjedliśmy obiad, ja miałam małą pizzę, spotężyłam 5 średnich kawałków i wypiłam sporo coli, dzięki niej przynajmniej już nie przysypiałam, tak jak przed posiłkiem. Przed odjazdem pożegnałam się z Kasią. W dalszej części trasy słuchałam muzyki i trochę rozmawiałam z rodziną. A teraz jest sobotni wieczór. Kiepsko było na Litwie z komórką, w każdym razie u mnie, bo do innych sieci żaden sms nie chciał się wysłać, także po przekroczeniu granicy było nieco roboty z odpisywaniem i, tak to nazwijmy, odświeżaniem kontaktów. Kumpela przesłała mi dużo piosenek i utworów z sound track’ów przez Bt. Właśnie przez to przypomniała mi się pewna piękna piosenka, której w tej chwili nie mam, dlatego zamierzam poprosić kumpelę o dostarczenie mi jej na maila. Za moment jakiejś książki sobie posłucham, bo nudy tutaj. No, już idzie kopiowanie, a ja sobie klikam dla Was. Jutro planujemy wybyć na łódki, ale zobaczymy, o której się obudzimy, no, to będzie nie lada wyzwanie,
- na bank budzika nie nastawie, bo jak mogę, to unikam zrywania przez to rozkrzyczane cóś, wołające: no już, na nogi, bo dzwonię,
- wzięło mnie na żarty, nie wiem, czy to dobrze, ale ten stan spraw mnie nie martwi.
Odliczam dni do obozu, dziś jest 13, pięknie. Nie mogę już się doczekać, naprawdę, zróbcie coś. Ej no, muszę sobie do rozumu przemówić, przecież wszystko w swoim czasie, a póki co mam prowadzenie tego dziennika na pociechę.
17 lipca, niedziela, byłam na łódkach, wstałam po dziewiątej mniej więcej, ogarnęłam się pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka. Na początku nie można było się zdecydować, czy kajaki, łódka czy też rowery wodne, ale w końcu ta środkowa pozycja miała zaszczyt pomagać nam w przemierzaniu jeziora, chechecheche. Przez tę godzinę trochę się opaliłam, choć specjalnie mi na tym nie zależy. Po opuszczeniu łódki popływałam, lecz trwało to zaledwie kilka minut, bo woda nie była za ciepła. Po prostu ładna pogoda jest od niedawna dopiero, więc nie zdążyła się ogrzać. Jako że dziadkowie mieszkają w tej samej miejscowości, wpadliśmy do nich, rodzice posiedzieli też z godzinę, potem zrobili zakupy. Miałam coś do słuchania, ale w przerwach strasznie się nudziłam. Zjadłam obiad, a gdy rodzice przyjechali, niebawem wróciliśmy do domu.
Dzisiaj jest 18 lipca, poniedziałek.. Obudziłam się dość wcześnie, ale nie chciało mi się wstawać, wskutek czego po godzinie 10 zaczęłam się wybierać, no cóż – i tak bywa. Jakoś po jedenastej przyszła donas ciocia, pobyła ze trzy godziny, a później, z tego co wiem, poszła do siebie. Przyjemnie się rozmawiało. Głównie siedziałam w mieszkaniu, ale na szczęście gdzieś po godzinie 19 udało nam się pójść na wspólną przechadzkę. Wiecie, nie trwała długo, bo pod koniec drogi powrotnej zaczęła się burza z deszczem, ale cieszę się, iż chociaż to, bo już myślałam, że nie wytrzymam z nudów. Mama robiła dziś pranie.
Aktualnie siedzę, pogrążona w rozmyślaniach. Jako tło mam w tej chwili piosenkę Avril Lavigne „4 real”, lubię ją, zresztą nie tylko tę, ogólnie uważam, że ta nowa płytka jest udana. Kurczę, fantastycznie, mam fuksa, bo posiadam całą dyskografię. Jakoś kawałki Avril mnie wyciszają, ciekawe dlaczego? Ehhhhhh, jakoś tak wychodzi, nie przeszkadza mi to wcale. Zdaję sobie sprawę, że piekielnie Wam przynudzam, ale piszę na poczekaniu i nie zawsze znajdę jakiś bardziej interesujący temat. A ponadto lubię pisać swoje przeżycia, jeśli ktoś zaśnie przy tej lekturze, to możecie ze skargami się zgłosić, moi Drodzy! Żartuję, bo nie mam nic do roboty. Jestem po kąpielce. Jeśli coś jeszcze zjem, to tylko w formie przekąski, bo kolacja już była, ale ze mną różnie pod tym względem bywa.
Smutno mi, bardzo się już za wieloma osobami stęskniłam, dobrze chociaż, że mam jakiekolwiek zajęcia, bo inaczej bym z pewnością od tego, jak również z nudów zwariowała. Za moment kolejną książkę na mp trójkę zrzucę i mam nadzieję, że będzie ze mną lepiej. Bo z tego, co widzę, najskuteczniejszym lekarstwem na dręczące myśli jest zajęcie mózgownicy czymś innym. Działa ta metoda jak na razie, oby tak dalej. To, że już niedługo upragniony wyjazd, tzn. obóz, ta świadomość, że zacznie się już 29 lipca, ogromnie podnosi mnie na duchu. Cudnie mieć taki promyczek, może nie zawsze pomaga tak samo, ale pozostaje mi być zadowoloną, że istnieje punkt podparcia. A teraz leci „Remember when”, dokładnie ten fragment: „i cred a Littre bit, you died a Littre bit, please say theres no regret and say you won’t forget”. Te wersy mnie rozwalają… A teraz refren kawałka o tytule “Goodbye”, brzmi tak: „I have to go, I have to go, I have to go and leave you alone, but always know, always know, always know, that I love you so”. Lubię sobie, to, co wyłapię, tłumaczyć, chociaż ze słuchu niekoniecznie jest to łatwe. No ok., zwijam się, póki co, ale muzyki nie wyłączam. Skrobnę jeszcze… I przepraszam Was, że tak się dziś nad różnymi sprawami porozwodziłam. Pozostaje mi jedynie obiecać, że, zaznaczam, postaram się tak nie robić, hmmm, może i nawet mi się to uda.
Papatki!
PS: i miss you. Light of the force with you.
19 lipca, wtorek, byłam na działce, którą mają dziadkowie, potem na drugiej, gdzie jest dom mej siostry ciotecznej i jej rodziców. Taak… Wtedy to był prawdziwy upał. Co chwila więc musiałam się czegoś napić.
20 lipca, środa, dziś byłam w Gołdapi na spacerze i gofrach. Od rana była burza i lał deszcz. Po naszym powrocie także. Cieszę się jednak, że przeminęły już te fale brzydkiej aury, dobrze, że była między nimi kilkugodzinna przerwa. Dziś piszę krótko, bo jakoś taak… Nudno mi, Skończyłam kolejną książkę i niebawem zamierzam się zabrać za połykanie następnej. Już 9 dni do obozu? Jak ten czas leci. Jest ciepły wieczór.
Cóż. Znikam, jutro coś skrobnę, pod warunkiem wszakże, iż wena przybędzie.
Smutna.
21 lipca, czwartek, byłam nad jeziorem. Dwa razy się kąpałam, raz ok. 20 minut, a drugi gdzieś pół godziny. Było 30 stopni za oknem. Należy dodać, że w cieniu! Plus minus po trzech godzinach, pojechaliśmy do domu, ja i tata samochodem, a moja siostra i mama rowerami. Po powrocie odpoczywałam, pisałam z kilkoma osobami smsy. Musiałam też ugasić pragnienie, bo podczas pobytu nad wodą rzecz jasna wyczerpaliśmy zapasy picia. O 20.5, bodajże na Polsacie, była „szkoła uczuć”. Ta wersja różni się od tej, którą mam. No i musiałam się popłakać przy końcówce oczywiście.
22 lipca, piątek, ej no, Już tydzień do obozu. Lubię takie dokładne liczby. No wiecie, takie, których powszechnie się używa,
Mam nadzieję, że zrozumieliście to, co miałam na myśli. Byłam z moją siostrą i tatą na spacerzeoraz lodach. Cudnie, że dziś nie ma aż takiego skwaru, właściwie było mało słońca. Chwilami słyszałam dalekie grzmoty, przez krótki czas padało. Ahhhh, z jaką niecierpliwością czekam na wyjazd. Będzie trwał dwa tygodnie. Obiecuję sprawozdanie, gdy już z niego wrócę. Nie, cofam, bo nie chcę być niesłowna: obiecuję, że postaram się zamieścić relację, ok? Kolejna książka się kopiuje. Wiem, wiem. Wariatka ze mnie, że tak te audiobooki pożeram, lecz gdy nie jestem na dworze, to nie mam co robić, pókii co słuchanie książek to najskuteczniejszy sposób wypełniania czasu, który dotąd opatentowałam.
To chyba na tyle. <3
Trzymajcie się wszyscy.
23 lipca, sobota – jakoś leci. Znowu byłam sobie na spacerze ja. Wcześniej pobyt u dziadków miejsce miał. To skandal, że takie szyki zdań dziwaczne tworzę. Ale to śmieszne jest po prostu. Przez jakiś czas oglądałam telewizję z resztą rodziny, ale film nie jest interesujący moim zdaniem, więc postanowiłam do Was skrobnąć. Dziś, podobnie jak to już wielokrotnie bywało, piszę krótko, boogólnie same nudy. Może więc nie powinnam nic pisać? No ale… Chciałam dać znak życia.
To ja zmykam, by posłuchać muzyki, albo coś obejrzeć.
Pa!
Tęsknię…
24 lipca, niedziela. Rano rodzice pojechali, by się w pewnej kwestyji zorientować, do pobliskiego miasta zresztą. Hmmm… Choć pobliskie to pojęcie względne, no ale to chyba wie każdy, więc przechodzę do sedna. Gdy byli w drodze powrotnej, zadzwonili do mojej siostry. Zaczęłyśmy się szykować, a kiedy rodzice wrócili i wspólnie zjedliśmy obiad, pojechaliśmy nad wodę. Pogoda była dziwna, zupełnie tak, jakby chciała być ładna, a nie mogła.
Raz wychodziło słońce, a już za kilka minut chowało się za chmury. Tak na przemian. Trochę się zamoczyłam, ale zaczęłam niemal natychmiast trząść się niczym galareta, toteż szybko stamtąd wyszłam. Po opuszczeniu plaży pojechaliśmy do dawnych znajomych, ich dom bardzo mi się spodobał. Ponieważ nieźle się z zimna trzęsłam, dostałam gorącą herbatę. Pani, tzn. koleżanka rodziców, podgrzała, oczywiście w przenośni, stary piec kaflowy. My tymczasem byliśmy na dworze i ucinaliśmy sobie pogawędki. Po jakimś czasie jednak poszłam do kuchni i usiadłam na murku, który składał się z kafelków. Nogi mi zmarzły niesamowicie, więc usiadłam na nim w kucki i przez dobre kilkanaście minut tak się ocieplałam, chechecheche. Potem znów wyszłam, lecz za kwadrans gdzieś znów przysiadłam na murku, bo zmarzłam.
Po powrocie do domu zjadłam kolację. Ogólnie rzecz biorąc ten dzień uważam za niezły. Mimo to teraz jakoś robi mi się smutno. Nudy, więc idę obejrzeć „Gwiezdne wojny”, bo to chyba jedyny sensowny film, który obecnie jest w telewizji. Piszę tak, gdyż nie mam pewności. W każdym bądź razie, pomimo, że nie do końca znam bohaterów, to już wolę oglądać, niż siedzieć sama w pokoju. Nie ukrywam, że mało mamy tu kanałów, więc wąski jest wybór. D
To ja spadam. :d Obym nie odleciała zbyt daleko.
PS: Zobaczę, czy zadziała na poprawienie chumoru piękna piosenka ze „Szkoły uczyć” pod tytułem „Only hope”.
Trzymaaaajcie się. Myślę często o Was.
25 lipca, poniedziałek. Byłam nad jeziorem, ale znów pogoda nie sprzyjała, więc głównie spacerowałam z mamą po plaży i siedziałam na pomoście. Poza tym nie działo się nic takiego.
26 lipca, wtorek. Taka kolej rzeczy. Ten dzień powolutku dobiega końca, ale co tam? To nieszkodzi. Opiszę go, ponieważ warto. Byliśmy całą rodziną w Akuaparku. Tamtejsze atrakcje są po prostu świetne. No mówię Wam, rewelka! Najlepsza była „rzeka”, tj. taka woda wokół ściany basenu, która, gdy się położyłam na jej powierzchni, rwała mnie jak prąd, nie tak silnie rzecz jasna, ale uczucie było cudne. To najbardziej z atrakcji basenowych, ale fantastyczna były także zjeżdżalnie – ciemnoniebieska, krótka, za to zabójczo i ekstremalnie szybka. Przy końcu za pierwszym razem miałam wrażenie, że pęd mi oddech zablokuje. Ale później spoko, najczęściej właśnie z niej zjeżdżałam. Wyrzucało mnie do wody, jak z jakiejś wyrzutni.
27 lipca, środa. Byłam u babci, gdzie nocowałam, ponieważ moja siostra cioteczna bardzo chciała, bym została na noc z moją siostrą rodzoną, więc korzystając z czasu spędzanego razem gadałyśmy sobie.
28 lipca, czwartek, jutro na obóz wyruszam, ale też biorę komę, więc jeśli ktoś chce, a mój numer posiada, to piszcie, taak… Lepiej piszcie tylko na razie, bo nie wiem do końca, jak będzie wyglądał dzień, tzn. w jakich godzinach będę dostępna, by odbierać.
Przyjechałam ok. 10.00 rano, mnie i moją siostrę przywiozła ciocia. Trochę sie poplątałyśmy w pobliżu lotniska, ale do taty zadzwoniłam, dzięki czemu nas poinstruował, co dalej, jeśli chodzi o drogę, dlatego potem wszystko wróciło do normy.
Mama z moimi dwiema ciociami, jedną z rodziny, a drugą przyszywaną,
są na zakupach. Gdy wrócą, mama pomoże mi nieco w pakowaniu.
Przepraszam Was bardzo za to, że to takie długie jest, a zamieściłam trochę niepotrzebnych szczegółów, ale pisałam, ot tak, na kompie, siadałam i opisywałam poszczególne dni, więc wybaczcie. Niezawsze miałam czas, by to solidnie przemyśleć, dlatego też wyszło zupełnie spontanicznie.
Na koniec ciepło i serdecznie Was pozdrawiam.